Przez kilka lat śledziłem na Facebooku komentarze Pani Marii Zaborowskiej do archiwalnych zdjęć z Puław i podziwiałem jej zasób wiedzy o dawnych Puławach i jego mieszkańcach. Ukazanie się książki z jej pamiętnikiem było dla mnie miłą niespodzianką. Nie tylko dla mnie. Pozycja rozeszła się momentalnie (szkoda, że nakład tylko 300 sztuk), co świadczy o głodzie Puławian na tego typu wydawnictwa. Książka ilustrowana jest licznymi zdjęciami z rodzinnego archiwum Pani Marii, a nad przypisami do tekstu też solidnie popracowano. Szkoda, że zabrakło lepszej redakcji samego tekstu, bo sporo tu powtórzeń, zdarzają się drobne błędy, a i sama konstrukcja „pamiętnika” mogłaby być lepsza. Książkę – zgodnie z podtytułem „kronika rodzinna” rozpoczyna i kończy wnikliwa genealogia. W kilku rozdziałach dowiadujemy się o historii poszczególnych członków rodu, sięgając tak daleko jak się tylko udało sięgnąć. To wspaniała praca Autorki, budząca podziw i uznanie. Niemniej z mojego punktu widzenia raczej mało interesująca. Tym, co stanowi obiektywną wartość tego wydawnictwa, są wspomnienia Pani Marii sięgające wczesnego dzieciństwa, gdy mieszkała przy ul. Krańcowej, aż po początek XXI wieku, gdy na świat przyszły jej wnuki. Szczególnie ciekawe dla mnie było poznawanie opisów życia, fragmentów miasta oraz ludzi z lat 50.i 60. Maria Zaborowska w dzieciństwie (do czasów drugiej klasy szkoły podstawowej) mieszkała w wynajętym mieszkaniu w jednym z domków przy Krańcowej. Potem przez kilka lat mieszkała z rodziną w mieszkaniu przy ul. Kołłątaja. Stamtąd przeniosła się z rodzicami i rodzeństwem do pierwszego własnego mieszkania przy ul Piaskowej, a wreszcie na ulicę Polną 25, gdzie przez krótki czas byliśmy sąsiadami. Puławy, przed budową Zakładów Azotowych i czasem towarzyszących im inwestycji, były naprawdę małym, spokojnym miasteczkiem. Autorka jest w stanie podać informacje o wszystkich rodzinach mieszkających w sąsiedztwie na jej ulicy – zarówno na Krańcowej, jak i przy Kołłątaja. Wzrusza ten świat przydomowych ogródków, zapomnianych już często dziecięcych zabaw, skromnych warunków życiowych, gdy brakowało choćby centralnego ogrzewania, czy nawet wody w kranie. Opisywane fragmenty miasta niewiele miały wspólnego z osiedlami, jakie w tych miejscach wyrosły. Podobnie w przypadku innych opisywanych ulic, nabrzeża Wisły i samej rzeki, po której pływało kilka statków, a w jej nurcie chwytano gatunki ryb, o których obecności zdążyliśmy już dawno zapomnieć. Znajdziemy tu górki do zjeżdżania sankami i lodowiska, po których czasem trudno szukać śladów. Są opisy dawnych Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, zabaw mikołajowych, pierwszych komunii świętych i ślubów. Wszystko to przesycone jest tęsknotą, szczęściem i beztroską. Czym innym byłby pamiętnik pisany na bieżąco, a czym innym wspomnienia spisywane po latach (w latach 2015-2022). Lata 70. to już czas małżeński, okres pracy, powiększania rodziny, wyjazdów wakacyjnych i w dalszym ciągu sentymentu za tamtymi laty, pomimo warunków życia w PRL’u. Im bliżej współczesności, tym zapiski stają się mniej wnikliwe. Nie poznajemy sąsiadów z bloku przy ul. Polnej, a lata mijają w rytmie kolejnych etapów edukacji dzieci Autorki i wakacyjnych wyjazdów. Początek lat 80 to oczywiście strajki, potem stan wojenny i wyjazd męża na kontrakt do Iraku, a potem do Ukrainy. W tle giną gdzieś opisy Puław i codziennego życia. Trochę szkoda, ale skądinąd wiadomo, że to co minęło ma przeważnie lepszy posmak, niż codzienność. Ja uśmiechnąłem się szczególnie w jednym miejscu, gdy trafiłem na przytoczony w książce służbowy list mojego Dziadka do Taty Pani Marii! Zapewne wielu innych Puławian znalazło w tej książce inne znajome ślady i osoby. Taka to siła tego typu publikacji.