- Jeden facet świsnął mi sprzed nosa ostatni „Przegląd Sportowy” - obwieścił Tata i zaraz otworzył nową paczkę papierosów. – 90% kupujących czyta wyłącznie o piłce kopanej – irytował się wykładając w kuchni bułki i masło z „Krówki”. Mama nie reagowała, ale Tata i tak jej wyjaśniał, że on w przeciwieństwie do większości czytelników interesuje się przede wszystkim lekkoatletyką, żużlem i chciał akurat sprawdzić wyniki turnieju pingpongowego, bo przecież Grubba z Kucharskim grali.
- Chyba był jakiś „Tytus” w naszym kiosku, bo Tomek kupował – rzucił do mnie, wręczając „Świat Młodych”.
- Serio!? I nie kupiłeś!?
Tata wzruszył ramionami.
- Nie byłem pewien, czy już nie masz.
- A który? Co było na okładce?
- Nie przyjrzałem się… no Tytus był.
- Tytus to jest zawsze! – krzyknąłem i od razu założyłem buty, by polecieć na dół. - Dasz mi pieniądze?
Dostałem „Świerczewskiego” i już za moment dudniłem po schodach, zbiegając z trzeciego piętra.
Przed kioskiem stał jeden sąsiad, który kupował losy loterii. Szybko obskoczyłem wzrokiem wystawę. Nie wszystko było widać, bo część zasłaniała teczka na prasę, ale mojego komiksu raczej nie było. Sąsiad sprawdzał tymczasem wylosowane numery na wykazie, więc schyliłem się do okienka i spytałem najuprzejmiej jak umiem - Czy jest może proszę Pani „Tytus, Romek i A’Tomek”? Sprzedawczynią była akurat mama mojej koleżanki ze szkoły. Obejrzała się za siebie, uniosła jakiś wykaz i zaraz odwróciła do mnie zmartwiona.
- No niestety, ale faktycznie był.
- A nie wie Pani, która to była księga?
- Kolego, chyba wepchałeś się bez kolejki, ja tu losy kupuję – zwrócił mi uwagę sąsiad. Najwyraźniej nic nie trafił. Tak jak ja…
Nie mogłem tego tak zostawić. Najbliższy kiosk miałem na PeKaeSie. W zasadzie to miałem tam trzy blisko siebie. Nie było czasu do stracenia. Nie zjadłem co prawda śniadania, ale przecież podskoczę raz dwa. Dzień wstawał już upalny, bzyczący owadami i kosiarkami do trawy. Liście na drzewach przy moim placu nawet nie drgały. Jabłka nabierały na nich obiecujących kolorów, innych niż kwaśno-zielony. Z baru-restauracji „Słoneczna” zalatywało już kotletami mielonymi. Asfalt przy wieżowcu nie był jeszcze miękki, ale zapowiadało się na dzień, kiedy znów będzie można wtapiać w niego kapsle po oranżadzie. Nikogo pod blokiem nie było. Wszyscy jedli śniadania, czekając na kolejny odcinek „Pipi Lansztrung”. To była moja szansa.
Na dworcu PKS stała już spora grupka osób przy pierwszym stanowisku, czekając na autobus do Lublina. Kierowcy dopalali spokojnie papierosy na ławeczce. Ich rozpięte, szare marynarki miały nadzieję zostać tego dnia gdzieś na oparciu krzeseł, by nie męczyć się w zapachu męskiego potu i dymu z „Klubowych” oraz „Radomskich”. Jeden z kierowców wziął jednak swoją, sięgnął po tablicę z napisem Lublin przez Kurów, Markuszów i ruszył do najbliższego Autosana – zawsze zbyt małego na tej trasie. Oczekujący tłumek zaroił się lekko. Podniosły się z niego głosy niezadowolenia i różnego typu pretensji.
Nie wiem czemu, ale kiosk obok pierwszego stanowiska zawsze był gorzej zaopatrzony, niż ten bliżej zatoczki dla autobusów jadących do Opola przez Kazimierz, Karczmiska. No ale taki Ruch miałem jako pierwszy po drodze. Pan w kiosku, nawet nie popatrzył w ślad za moim pytaniem.
- Nie ma - odparł z niemal zamkniętymi oczami.
- A był w ogóle? – chciałem dociec, ale kioskarz już mnie obsłużył. Wolałem nie przedłużać. Kioski na dworcu nie są od pogaduszek. Popędziłem więc do drugiego. Już sama jego wystawa prezentowała się bardziej obiecująco. Skryty w cieniu zadaszenia i ceglanej ściany w tle, wydawał się być magazynem nieprzebranych i tajemniczych zawartości. Niezbyt czyste szyby wystawowe przesłaniały towary mało pożądane, często w ogóle niepotrzebne, ale w dużej ich różnorodności. Od niby-zabawek, przez jakby-naczynia, po pożółkłe już książki i trochę chyba zużyte kosmetyki. Tu moje pytanie o „Tytusa – taki komiks”, spotkało się z zaangażowaną, wręcz troskliwą postawą kioskarza.
„Zaraz, zaraz” – powiedział podnosząc się z krzesełka i zagłębiając w półmrokach swojego przybytku. Czego mogłem oczekiwać? Napawałem się nadzieją, próbując podążać wzrokiem za ruchami starszego sprzedawcy. Miał na sobie marynarkę podobną do tych, jakie nosili kierowcy. Może też był kiedyś jednym z nich?
- Mam „Młodego Technika”, jakbyś chciał – zaoferował mi z pewnym wysiłkiem osoby zmęczonej dwuminutowymi poszukiwaniami czegoś tak nieokreślonego jak komiks. – Młodzi ludzie lubią to czytać – dodał.
- Nnie, dziękuję – odparłem zawiedziony. Czasem kupowałem „Młodego Technika”, ale dziś szkoda mi było pieniędzy. Czekał na mnie jeszcze jeden kiosk, niedaleko cukierni u „Kuby”. Opuszczając dworzec zobaczyłem, jak pani z cytrynadą rozkładała się już ze swoim przenośnym stoiskiem. Tego dnia mogła liczyć na szybki interes.
- Są zielone? – zapytałem, ale były tylko woreczki z napojami w kolorach żółtym i czerwonym. Gdyby były zielone, to może bym kupił.
Cukiernia była jeszcze zamknięta, ale buczał już w niej wentylator maszyny, do której pani wlewała masę lodową, śmietankowo-owocową. Osy już łaziły ciekawie po szybach, czekając na swoją okazję.
Przed Ruchem nieopodal stały dwie osoby, w tym jeden chłopak z pobliskiego wieżowca w szpanerskiej kurtce Parmalat. Od razu mi się nie spodobało to jego stanie. Jakże plułbym sobie w brodę, gdyby to on kupił „Tytusa”. Czemu nie zacząłem obchodu kiosków od tej strony? Podszedłem niby spokojnym krokiem i jakby od niechcenia zacząłem oglądać wystawę. Pani, która była pierwsza przy okienku płaciła właśnie z zadowoleniem za „Kobietę i życie”.
- Dziękuję Pani Basiu – kłaniała się kioskarce, jakby zdobyła właśnie szynkę, czy banany. Swoja drogą chętnie rzuciłbym okiem na ostatnią stronę tygodnika, by przeczytać „Satyrę w krótkich majteczkach”. Chłopak przede mną poprosił z kolei, żeby mu pani pokazała jakie są single. Kioskarka sięgnęła po małe płyty w jednolitych kolorowych okładkach z napisem Tonpress.
- Mogę i ja zobaczyć? – zagadnąłem zaciekawiony. Chłopak, którego kojarzyłem z bitew na jabłka spojrzał na mnie nieufnie. Uznał, że skoro on pierwszy oceni zawartość, to może mi potem pokazać. Było Lady Pank „Mniej niż zero/Pokręciło mi się w głowie”, Perfect „Zamieniam się w psa/Dla zasady nie ma sprawy”, Urszula „Luz-Blues w niebie same dziury / Bogowie i demony” i Maanam „Kocham cię kochanie moje/Electro Spiro kontra Zanzara”. Fajne single, ale po 55 zetów. Chłopak wziął Lady Pank, a ja spytałem Pani, czy nie odłożyłaby mi Maanamu.
- Odłożę, ale jak ktoś zapyta, to mu przecież sprzedam, prawda?
- A „Tytusa” Pani nie ma? – zapytałem, gdy chłopak z singlem oddalił się już na bezpieczny dystans.
- „Tytusa”? – zdziwiła się kobieta.
- Taki komiks, „Tytus, Romek i A’Tomek”.
- Nie. My tu takich rzeczy nie sprzedajemy – odparła obruszona, jakbym co najmniej zapytał o „Bravo”.
Musiałem przemyśleć dalsze działania. Dochodziła godzina 9. O dziesiątej otworzą KMPiK, gdzie też mogła być jakaś dostawa, ale co do tej pory? Mogłem zaryzykować wyprawę do kiosku przy kinie „Jodełka”. Kiedyś Jarek z sąsiedniej klatki po całym dniu chodzenia po mieście kupił tam XIII księgę, i to też dlatego, że w ostatniej chwili wyprzedził zmęczonego łażeniem od kiosku do kiosku Przemka. Jednak po drodze miałbym na trasie tylko jeden kiosk do sprawdzenia, przy centrali Ruchu – w sumie niezły, ale na całą wyprawę straciłbym jakieś pół godziny, a szanse dostawałem tylko dwie. Wolałem przejść w stronę centrum. Cały czas było dość wcześnie. Dzieciarnia nawet na basen się jeszcze nie zebrała. Nie czułem głodu. Obawiałem się zresztą, że mogła czekać na mnie bułka z bryndzą, której nie cierpiałem, albo niewiele lepsza z żółtym serem, który od czasów przedszkola tolerowałem tylko w formie startych wiórek.
Najpierw chciałem zajść do kiosku obok warzywniaka Pani Wojdatowej. Po drodze minąłem osłoniętą od zawsze parkanami budowę nowego domu kultury. Tuż obok świeciła rakieta z czerwoną gwiazdą, symbolizująca postęp i podbój kosmosu. Mieliśmy też w mieście postument z samolotem Iskra. Lepszy nawet, niż ta rakieta, która nieznacznie tylko przewyższała szykiem zwykłą latarnię uliczną.
Kiosk obok warzywniaka nie był dobrym trafieniem. To znaczy był, bo pani powiedział, że już nie ma. Nie skojarzyłem, że obok jest przecież przychodnia zdrowia, a tam kolejki od rana, więc z kiosku wykupiony był już nawet „Sztandar Ludu”.
Skręciłem w stronę kina „Sybilla”. Tam miałem blisko siebie dwa kolejne Ruchy. Przy okazji mogłem rzucić okiem na plakaty filmowe. Kolega namawiał mnie ostatnio na „Wielkiego Szu”. Wolałbym na coś amerykańskiego, ale przynajmniej na polski film nie będzie ścisku po bilety.
Ocieniona Aleja Partyzantów dawała przyjemny chłód.
W okienku kioskowym ujrzałem zaskakująco młodą twarz – jakby to był syn kioskarza. Rozejrzałem się po wnętrzu budki, czy aby gdzieś nie skrywa się jednak osoba dorosła.
- Czy jest może „Tytus”? – zapytałem niezbyt wyraźnie i otarłem wierzchem dłoni pot z czoła. – W sensie, że komiks, a nie jakiś Tytus. To znaczy konkretnie księga „Tytusa, Romka i A’Tomka”, nie wiem jaka… jakakolwiek.
Plątałem się co najmniej, jakby w kiosku siedziała dziewczyna. Chłopak nieoczekiwanie wyciągnął do mnie rękę przez okienko.
- No co ty, nie poznajesz. Piotrek, Piotrek jestem.
Faktycznie. To był Piotrek. Chodził do mojej klasy, ale nie zdał dwa lata temu i straciliśmy kontakt. Wychowywała go chyba babcia? Czasem przynosił do szkoły na handel komiksy z Klossem, albo Żbikiem, czasem jakieś „Tygrysy”, a dwa razy nawet kolorowe slajdy z gołymi paniami. Wszystko sprzedawał po dyszce. Ja tam nie kupowałem, ale zdarzało się, że towar przeglądałem.
- Ukradłem ten kiosk jednej facetce. Co zarobię, to moje – pochwalił się. - Wieczorem podrzucę jej klucze. Wiesz, zachorowała. Ja niby jej chciałem pomóc… zakupy, niewidzialna ręka… - zaśmiał się.
- A jak Cię ktoś zakapuje?
- No to co? Powiem, że pomagam chorej kobiecie. Przecież póki co pieniądze odkładam do szuflady, niczego sobie nie wziąłem. Ona by pewnie nawet potwierdziła, bo przyniosłem jej już siatkę z warzywami rano i psa nakarmiłem.
No był to jakiś plan, uznałem.
- I fajnie tak Ci się sprzedaje?
- Czy ja wiem? Gazety, fajki, zapałki, gumy do żucia. Sama drobnica, ale uzbiera się. Jeszcze wcześnie. Ale słuchaj – ożywił się nagle. Z tym „Tytusem” to mogę Ci sprzedać pewny adres. Przy ulicy Japońskiej jest taki kiosk, piętrowy…
- Piętrowy? Że niby jak?
- No jeden na drugim. W tym na dole jest tyle co w każdym Ruchu, ale w tym na górze masz normalnie Pewex! Resorowce, komiksy, czekolady z orzechami, super naklejki, Marlboro…
Wiedziałem, że zmyśla. Zawsze opowiadał niestworzone rzeczy. Przez to chyba nie zdał.
- Ale płaci się normalnie? – pociągnąłem temat, udając że się daję nabrać.
- No normalnie, złotówkami. Tylko trudno się dostać do tego okienka na górze. Nie ma żadnych schodków, ani nic.
- Aaa, to i tak super – zamilkłem na chwilę. – Na Japońskiej mówisz?
- No. Trzeba poszukać, bo to była przedwojenna ulica. Po co komu teraz Japońska? Prędzej Mongolską by zrobili…
- Jasne… no to lecę – pożegnałem się. Po paru krokach Piotrek zawołał za mną.
- Ale to nie w tę stronę! W przeciwną.
No to poszedłem w przeciwną.
Robiło się coraz cieplej, a mnie zaczęło jednak trochę burczeć w brzuchu. Rodzice się pewnie na mnie wkurzą, że tak przepadłem. O ulicy Japońskiej kiedyś słyszałem, ale prawdę mówiąc nie wiedziałem gdzie jej szukać. Skoro to jakaś przedwojenna, to trzeba było kogoś starego zapytać.
Na ławce niedaleko wieżowca, w którym mieszkał Andrzej z mojej klasy, siedziało dwóch panów – jak nic przedwojennych. Podszedłem, stanąłem grzecznie i poczekałem aż zwrócą na mnie uwagę. Chwilę to trwało, bo akurat rozmawiali o żonie jednego z nich. Niewdzięczna to była kobieta, ale pewnie od dawna tak miała, bo w końcu ten poszkodowany machnął zrezygnowany ręką.
- Przepraszam bardzo, szukam ulicy Japońskiej… była taka kiedyś…
Mężczyźni spojrzeli na mnie. Ten od nieudanej żony miał kapelusz i laskę.
- To na taki konkurs wakacyjny – dodałem, bo tak mi się wydawało, że będzie lepiej.
- Nie do mnie to pytanie – powiedział ten w kapeluszu, ale drugi zaćmił papieroska, zmrużył jedno oko i celując we mnie jednym palcem wycedził: - Cyganów zapytaj.
- Cyganów? – zdziwił się ten pierwszy.
- A owszem. Już ja wiem, co mówię. Tylko zważaj kawalerze na ich sztuczki.
Wydmuchał dym z papierosa na zakończenie swoich wywodów i nachylił się do kolegi, by coś mu szepnąć na ucho. Tamten skrzywił się tylko na jego słowa, a potem pokiwał głową jakby ze współczuciem. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo w rzeczy samej Cyganów bałem się bardziej niż milicji, Baby Pchły i Jasia Barnaby.
Ten z papierosem zobaczył, że nie w smak mi takie wywiady i lekko mnie pocieszył.
- Gołodupiec z Ciebie, to przecież nie masz się czego obawiać.
Pomyślałem sobie, że nie będę tego dłużej ciągnął. To znaczy z tym szukaniem Japońskiej. Trudno. Wrócę na osiedle, zajdę do KMPIKu, a z Piotrkiem to i tak pewnie nie prędko się spotkam.
Ale wtedy nieoczekiwanie ujrzałem cygankę, która zazwyczaj wróżyła przy restauracji „Wisła”, a teraz dokądś zmierzała wzdychając nad słońcem, które nie miało litości dla jej nadmiernych spódnic, pozapinanej gęsto koszuli i sweterka. Jeszcze koszyk wiklinowy z czymś niosła, pewnie nie taki znów lekki.
Podbiegłem do niej, niczym do pomocy, ale zapytałem prosto z mostu – Przepraszam Panią, jak trafić na ulicę Japońską?
Cyganka przystanęła chyba tylko dlatego, że jej się trudno i nieprzyjemnie szło.
- A po co ci taka ulica?
- Na konkurs… szukam – odparłem, trzymając się wcześniejszej wersji.
- Konkurs z nagrodami?
- Zupełnie bez nagród proszę Pani – odparłem szybko, ale z miejsca mnie przejrzała.
- Połóż mi na ręce tyle ile warta dla Ciebie ta odpowiedź, albo nie zawracaj mi głowy.
Udałem, że nie słyszę.
- No nie bój się kawalerze. Nie wezmę Ci przecież.
Akurat! – pomyślałem, ale przecież głupio mi było tak w twarz podważyć słowa starszej kobiety. Wyciągnąłem 50 złotych i położyłem jej na oczekującej spokojnie dłoni. Cyganka wymruczała coś pod nosem, machnęła szybko ręką i powiedziała – Ulica o którą pytasz gdzie indziej się dzieje, przez dom przejść trzeba na drugą stronę, bo ona już tylko po tamtej stronie istnieje.
Niestety, powierzony kobiecie banknot też wyraźnie na jakąś drugą stronę trafił.
- A mój Świerczewski!? – zapytałem głośniej niż trzeba, dla zwrócenia powszechnej uwagi.
- Do nieba poszedł kochanieńki, nie wiesz? Jam nic nie brała.
- Tylko co mi po Japońskiej bez pieniędzy!?
Ale kobieta już zakasała spódnicę i ruszyła z koszykiem w swoich sprawach.
- Proszę Pani, proszę! – zawołałem jeszcze, bo co mi pozostało. – Może choć Nowotko z nieba wróci?
Cyganka jakby się potknęła, ale nawet na mnie nie spojrzała. Za chwilę zniknęła mi z oczu, ale mnie serce mocniej zabiło, bo jakiś odblask dotarł do mnie z chodnika. Podbiegłem i ujrzałem dwudziestkę, tę ze wzorkiem, nie z Nowotką. Uff! Dobre i to. Na „Tytusa” powinno wystarczyć.
Ruszyłem wolno w kierunku centrum, obok szkoły z zielonym autobusem wycieczkowym, mijając zakład tapicera. Jak niby miałem przejść przez dom na drugą stronę? Co ja duch jestem?
Zaraz za wieżowcem stał dom jakby przedwojenny, z małym gankiem po schodkach. Musiałbym przez furtkę wejść i zapukać. Wszystko przez Piotrka…
- Przepraszam bardzo, czy mają państwo drzwi po drugiej stronie domu?
- Mamy wyjście na ogród – odparła Pani w gazetowych papilotach na głowie. Wyglądała sympatycznie, jak mama dobrego kolegi, mogłem się do niej uśmiechnąć i pewnie to zrobiłem, bo jej oblicze stało się jeszcze przyjaźniejsze.
- A czy mógłbym Pani w czymś pomóc w tym ogrodzie? Mam wakacje i zbieram na obóz… harcerski – skłamałem, ale niemal bez zająknięcia.
- Ach, no nie wiem… co my tam moglibyśmy? Ewentualnie jakbyś sobie nazbierał śliwek, czy agrestu i sprzedał potem? Ale to jakieś grosze by były… - zmartwiła się, całkiem niepotrzebnie.
- A to mógłbym. Już u jednej Pani tak 20 złotych zarobiłem – i pokazałem swoją odzyskaną cudem monetę.
- A masz w co zbierać? Dam ci może siatkę?
Ta Pani była tak miła, że obiecałem sobie faktycznie zainteresować się jej ogrodem i coś tam zerwać. Nawet mirabelki, jak będą.
Dom w środku pachniał zupełnie inaczej niż bloki, czy wieżowce. Kamieniem i czymś starym. W holu wisiało poroże jelenia. Minęliśmy dużą kuchnię, z której kobieta wzięła dla mnie siatkę z plastikowymi uszami. Przeszliśmy przez przestronny salon i stamtąd już były drzwi na ogród.
- No to poszukaj sobie – pokazała ręką, gdzie. – Tam są też porzeczki, może ktoś będzie chciał na kompot?. Mąż czarną porzeczkę to na smorodinówkę bierze, ale… - machnęła ręką. - Ja mam w kuchni robotę – dodała i zostawiła mnie samego, przymykając drzwi do salonu.
W ogrodzie było trochę drzew, krzewów, grządka warzyw i kilka szpalerów kwiatów. Poczułem się nieco zagubiony. Dostrzegłem ogrodzenie z siatki drucianej i furtkę. Skubnąłem jakiś agrest, ale przecież tak naprawdę nie na zbiory tu przyszedłem. Odwiesiłem siatkę na gałąź drzewka obok furtki i wyszedłem na zewnątrz. Uliczka była raczej licha, przy niej kolejne domy i chałupy z ogródkami. Moją uwagę przykuł parkan na rogu, przy którym stało dwóch mężczyzn. To znaczy może nie tyle to, co kiosk wznoszący się ponad ogrodzeniem. „Piętrus!” – pomyślałem podniecony. Prawie do niego podbiegłem, choć z każdym metrem ekscytacja malała. To co dało się zobaczyć ponad żółtym parkanem w niczym nie przypominało krainy marzeń. Ot zwykła budka, tyle, że chyba plastykowa, a nie ze zwykłej dykty.
- Ale patrz pan, że taki kryzys, że nawet kioski zamykają – zasępił się mężczyzna w koszuli flanelowej z podwiniętymi rękawami.
- Ciekawe, co z towarem? Skonfiskowali ponoć dranie. – dołączył drugi, w podkoszulku frotte.
- A taki porządny kiosk był. Piętrowy!
- Najlepszy, panie. W Warszawie takiego nie mieli. Wszystko w nim było, elegancja-Francja.
- A ja słyszałam, że tego co tu sprzedawał, to aresztowali – włączyła się kobieta z najbliższego domku, która wyszła kwiatki podlać.
- Co pani powie!? A co on był, złodziej? – żachnął się ten w podkoszulku.
- Ja tam nie wiem, ale podobno – ściszyła głos - … bibułę sprzedawał. Bynajmniej nie karbowaną – mrugnęła znacząco.
- A komiksy? – zagadnąłem, zadzierając jeszcze głowę, choć dobrze widziałem, że z wystaw wszystko zniknęło.
- A ja wiem? Ja tam papieroski kupowałem, zagraniczne – mężczyzna we flanelce wzruszył ramionami, po czym wyciągnął z kieszeni paczkę Cameli.
A więc jednak! Zrobiłem oczy jak piątki z rybakiem i przełknąłem wolno ślinę.
- A nie dałby mi pan paczki po tych papierosach?
Mężczyzna spojrzał na mnie z wyższością. Zajrzał do pudełka. - Jeszcze mi jeden został – odparł.
- To daj Pan, zapalimy. Niech się chłopak cieszy – zaproponował ten w podkoszulku i uśmiechnął się do mnie jak w ruskiej czytance.
Mężczyzna z Camelami zawahał się chwilę, ale machnął ręką i wyciągnął paczkę.
- A pal Pan, mam jeszcze w domu zapas. Dobrze mi żona radziła, żeby kupić cały karton jak były.
Tekturowe pudełeczko z wielbłądem trafiło do moich rąk. Jeszcze z zapachem tytoniu.
- Bardzo Panu dziękuję.
Obróciłem się na pięcie by ruszyć w stronę domu. Na początek tego z ogrodem, w którym mieszkała ta miła Pani, ale po paru krokach cofnęła mnie jeszcze ciekawość.
- Przepraszam bardzo, ale jak się robiło zakupy w tym kiosku na górze…no, tym na piętrze?
Mężczyźni popatrzyli na mnie i uśmiechnęli się do siebie porozumiewawczo.
- Trzeba było mieć swoje dojścia, kolego.